Verstappen: Myślałem, że rozbiję się po obrocie

Holender wyjaśnił groźny moment z pierwszego okrążenia Grand Prix Miami.
04.05.2620:19
Karol Kos
92wyświetlenia
Embed from Getty Images

Max Verstappen przeżył nerwowe chwile tuż po starcie Grand Prix Miami. Kierowca Red Bulla w walce o prowadzenie z Charlesem Leclerkiem stracił panowanie nad autem w drugim zakręcie i zaliczył pełny obrót. Holender spadł przez to na koniec czołowej dziesiątki, choć później zaczął odrabiać straty.

Straciłem tył w zakręcie numer dwa. Próbowałem zminimalizować straty i zrobiłem pełne 360 stopni - tłumaczył Verstappen w rozmowie z mediami. Myślałem, że się rozbiję, więc wcisnąłem gaz do dechy i tak wyszedł ten obrót. Jak coś, to mogę spróbować rajdów.

Po incydencie Verstappen próbował ratować wyścig alternatywną strategią - już na siódmym okrążeniu zjechał po twarde opony. Przez moment wrócił nawet na prowadzenie, ale końcówka nie była już tak udana i ostatecznie zakończył wyścig na piątej pozycji. Sam kierowca przyznał, że kluczowy był dobór ogumienia. Na pośredniej mieszance tempo było niezłe, ale po przejściu na twardą zrobiło się znacznie trudniej. Teraz łatwo powiedzieć, ale ten przejazd był chyba trochę za długi - podkreślił czterokrotny mistrz świata.

Verstappen nie uważa, by kontaktowa sytuacja z Leclerkiem miała wpływ na jego błąd. Po prostu straciłem tył. Przy dużej ilości paliwa trudno to uratować.

W końcówce wyścigu Holender walczył jeszcze m.in. z George'em Russellem, gdzie doszło do lekkiego kontaktu, oraz wyprzedził uszkodzone Ferrari Leclerca tuż przed metą. Myślę, że jego samochód był uszkodzony. I tak udało mi się go wyprzedzić tuż przed linią. Russell zahaczył moje tylne koło, miał uszkodzone przednie skrzydło. Na szczęście nie złapałem kapcia.

Mimo problemów weekend w Miami był dla Verstappena wyraźnym krokiem naprzód - ulepszenia w samochodzie, zwłaszcza w układzie kierowniczym, pozwoliły mu wrócić do walki z czołówką. Przynajmniej mogliśmy się ścigać z tymi z przodu. Wcześniej kierownica nie działała jak trzeba, więc coś było nie tak. Zbliżamy się, ale jeszcze nie jesteśmy na poziomie Ferrari, McLarena i Mercedesa.